bajki budynia

czwartek, grudnia 29, 2005

tors męski zwany belwederskim

Wcale nie dawno, dawno temu, wcale nie za górami i za lasami. Całkiem blisko, tutaj obok i prawie wczoraj żyła sobie dziewczynka – kadłubek.
Nie była to jej wina, że urodziła się bez górnych i dolnych kończyn, była to wina niczyja.
Urodziła się raczej bez większego sensu i raczej nie znała odpowiedzi na większość trudnych pytań.
Kiedy miała pięć lat umiała już dobrze mówić i czytać, bo nie musiała marnować czasu na naukę chodzenia. W poniedziałki rodzice zostawiali ją na ławce w parku, żeby patrzyła na psy i drzewa. Przez resztę tygodnia stała na półce udając posąg Apollonia Ateniese, bo jej ojciec interesował się żywo historią starożytną i bohaterami minionych czasów.
W jeden z cotygodniowych poniedziałków podszedł do niej gruby jamnik.
Dziewczynko, dlaczego ty nie masz rąk i nóg – zapytał – przeżuwając znalezioną w trawie mysz polną. Ale ja nie jestem żadną dziewczynką, jestem przecież Apollonio Atenise – odpowiedziała spokojnie. Jamnik nie rozumiejąc o czym mówi dziewczynka, pomerdał ogonem, bo poczuł się naprawdę głupi i nieoczytany. W pełnej dezorientacji powiedział już tylko, że może i jest tym, czym mówi, że jest, ale wygląda całkiem jak taka dziewczynka, która w telewizji reklamuje karmę dla kotów, tylko jakby ktoś jej odciął nożem ręce i nogi.

Dziewczynka nie oglądała telewizji, bo w tym pokoju, gdzie postawił ją ojciec, telewizora nie było. Zawsze sądziła, że jest posągiem Apollonia, który jej ojciec dostał od swojej klasy na zakończenie roku szkolnego. Ale od tamtego poniedziałku myślała już tylko o reklamie karmy dla kotów, bo w uszach brzęczały jej ciągle niewyraźne słowa grubego jamnika.

Nie chciała pytać rodziców, czy jest tą dziewczynką z reklamy i czy ktoś jej odciął nożem ręce i nogi. Oni tak mocno wierzyli, że jest posągiem. Po co mieliby się martwić i zastanawiać, czy ich córka grała może w reklamie karmy dla kotów, a potem ktoś jej odciął wszystkie kończyny.

Ale kiedy w czwartek po południu mama przyszła wytrzeć z niej kurz i zapytać czy zjadłaby na kolację bób gotowany, dziewczynka powiedziała, że nie jest głodna, ale chciałaby stać w pokoju z telewizorem. Mama zastanawiała się przez chwilę, czy na półce w pokoju z telewizorem jest miejsce, stwierdziła, że właściwie to może przestawić stary wazon i od soboty dziewczynka może tam już stać.

W piątek nie mogła jeść ani spać. Była już blisko odkrycia wielkiej tajemnicy swojego istnienia. W sobotę rano poprosiła o włączenie programu, gdzie jest najwięcej reklam. Rodzice długo nie musieli się zastanawiać, bo reklam jest wszędzie pełno, a są też programy, gdzie reklamy emitowane są przez całą dobę. Włączyli jej więc kanał 234 szanując pierwszą w życiu dziewczynki prośbę.

W skupieniu definitywnym obejrzała reklamę sosu o smaku czterech serów, który wystarczy zalać wodą, telefonu komórkowego, który ma w sobie suszarkę do włosów i odkurzacz oraz serialu Fitness Club z 1994, który można kupić na płytach w wersji obcojęzycznej.

Były też reklamy lalek, które mówią, samochodów, które jeżdżą oraz nowootwartego w Warszawie salonu fryzjerskiego dla psów i kina, w którym wyświetlają pół tysiąca filmów na raz.

Oglądała te wszystkie reklamy i już ją bolała głowa, bo dowiedziała się nagle, że wszystko na tym świecie jest najlepsze. Nie ma rzeczy gorszych ani zwykłych.

Bolały ją też oczy i uszy. Właściwie bolała ją każda część ciała, którą tylko posiadała.
Ale obiecała sobie, że poczeka jeszcze dwa dni na reklamę karmy dla kotów, o której opowiedział jej jamnik. Bo zauważyła, że chociaż jest tyle różnych rzeczy na świecie, reklamują ciągle te same. Świat znała tylko z parku i z opowieści ojca. W telewizji nie było więc ani jednej rzeczy, o której słyszałaby wcześniej.

Przez dwa dni i dwie noce nie spała w ogóle, patrząc bez przerwy w ekran telewizora. Słyszała, że rodzice martwią się o nią i rozmawiają o tym w kuchni.

Widziała już kilka reklam karmy dla kotów. Tę o smaku czekoladowym reklamował sam kot, a tę o smaku grzybów marynowanych w occie żyrafa ze słoniem. Ale w żadnej reklamie nie wystąpiła mała dziewczynka.

Świat stał się znowu prosty. W następnym tygodniu rodzice przenieśli dziewczynkę na balkon, żeby pooddychała świeżym powietrzem.

A ona była bardzo zadowolona, że jednak nie zagrała w żadnej reklamie i że nikt nie odciął jej rąk i nóg nożem.

wtorek, grudnia 27, 2005

5 nerek w Acapulco

Marcia miała dwie i pół nerki. Poza tym przeciętnie. Żołądek, wątroba, śledziona, serce oraz inne narządy wewnętrzne w liczbie prawidłowej. Ekscentryczność posiadania nadprogramowej połowy nerki przejawiała się umiejętnością dłuższego przechowywania moczu. Wystarczyło, że przykucnęła na moment, ukradkiem przyciskając piętą cewkę moczową. Mogła w ten sposób nie sikać dwa do trzech dni.

Raczej nie doceniała tego daru Boga. I nie miała pojęcia jak gigantyczny wpływ ów dar będzie miał na jej życie.

Rosła więc sobie raźnie, spokojnie przechodząc kolejne etapy rozwoju.
Aż nastał dzień jej 22 urodzin. Ten dzień miał rozpocząć ciąg niespodziewanych zdarzeń, które następnie miały uszczęśliwić ją doszczętnie powodując permanentny stan zadowolenia.

Poznańskie tramwaje lubiły się psuć. Jedna z teorii mówi, że władze miasta celowo zatrzymywały tramwaje, święcie ufając, że doprowadzą one do integracji współpasażerów i spowodują nowe inicjatywy społeczne. Z takich zepsutych tramwajów czasem nie można było się wydostać przez kilka dni. Szyby były niewybijalne i ani straż pożarna, ani policja nie kwapiły się do uwalniania pasażerów. Dopiero, gdy prezydent miasta osobiście zadecydował, że już dość, wystarczy, bo uwięzieni zaczynają słabnąć z głodu i innych fizjologicznych niedogodności, wysyłano specjalnie przeszkoloną w tym celu jednostkę policji, która po przepchnięciu się łokciami przez tłum gapiów, otwierała tramwaj metodą siłową.

Tego piątku Marcia spieszyła się na swoją imprezę urodzinową. I kiedy tramwaj stanął nieco przed rondem Kaponiera, natychmiast zrozumiała, że na imprezę nie dojedzie. Zamiast tego spędzi jakieś pół tygodnia na twardym tramwajowym krześle w pozycji siedząco-półleżącej. Na szczęście, nie należała do osób zadręczających się byle czym, ceniła nowe doświadczenia i miała kilka ciekawych pomysłów na spędzenie tego czasu. Usadowiła się więc, w miarę możliwości wygodnie, gdzieś po środku wagonu, wyciągnęła telefon i zakomunikowała znajomym, że mogą jej co najwyżej pomachać zza szyby, bo urodzin nie będzie. Wsadziła w uszy słuchawki i postanowiła przeczekać panikę innych pasażerów. Co niektórzy darli się wniebogłosy, przeklinając władze miasta, ale za jakiś czas miało już być spokojnie. Po jakiejś godzinie narzekań i bezowocnych prób wydostania się z tramwaju, ktoś wyciągnął wino, ktoś inny kanapki, ktoś zaczął grać na flecie, bo jechał akurat do szkoły muzycznej. Wszyscy zaczęli się sobie przedstawiać i mówić te mało istotne formułki: ‘Nazywam się Henryk i jestem piekarzem, bardzo mi miło’, ‘Ja, natomiast, nazywam się Anna i uczę geografii w szkole podstawowej nr 45 ‘, jak również szukać powiązań rodzinno-sąsiedzko-towarzyskich: ‘Ojej, a czy uczy pani mojego syna Maciusia z 4 b?’, ‘Chyba już pana gdzieś widziałam, tak to przecież pan jest mężem mojej mamy koleżanki z pracy’. Itd. Itp. Za jakiś czas skończyły się tematy powitalno-skojarzeniowe, przeszli więc do analizowania wahań temperatury powietrza podczas ostatniego tygodnia, potem zastanawiali się, co postanowi Małgosia z „M jak miłość”. Przy okazji pojawiły się już pierwsze wnioski, jak tu polepszyć życie mieszkańców Poznania. ‘W środkach komunikacji miejskiej powinny być telewizory!’- zakrzyknął ktoś z tyłu. Oczywiście od razu powołano sekretarza do spisywania wszystkich tych genialnych pomysłów. Powołano też moderatora dyskusji, a nawet wyznaczono koedukacyjne miejsce do wydalania. Dwie doby jakoś zleciały. Marcia postanowiła w końcu, że czas się rozejrzeć. Wszyscy z wyjątkiem jednego mężczyzny na samym końcu tramwaju, zaangażowani byli w dyskusję. A ten mężczyzna zaangażowany był w obserwowanie Marci. Nasza bohaterka nie należała do osób nieśmiałych asekuracyjnie wierzących w przeznaczenie. Wstała więc z impetem, podeszła do pana na końcu tramwaju, wyciągnęła piękną dłoń z paznokciami w kolorze purpurowym, uprzednio wyprostowawszy się z gracją. Mężczyzna wstał również, wyprostował się z gracją nie mniejszą i podał Marci pięknie wypielęgnowaną dłoń. Ona powiedziała ‘Mam na imię Marcia, ale mów do mnie Marcelina’, a on powiedział ‘Masz dwie i pół nerki, prawda?’ Na te słowa Marcia zapowietrzyła się, bo chciała coś odpowiedzieć, ale nagle zapomniała wszystkie słowa świata. ‘Czekałem na ciebie ponad pół życia. Jestem ginekologiem-połoznikiem i 22 lata temu wyciągałem cię z dróg rodnych twojej matki. Już po pierwszym USG wiedziałem, że cię kocham. Też mam 2,5 nerki. Zostań moją żoną’. Marcia powiedziała, że najpierw musi zobaczyć rentgen jego nerek, potem muszą się poznać, a dopiero potem podejmie decyzję o ewentualnym wejściu w stan małżeński. On powiedział, że oczywiście. Marcia nie zastanawiała się długo i już za miesiąc wzięli cichy ślub w Acapulco. Żyli długo, szczęśliwie i beztrosko, pamiętając, że w razie biedy i głodu mogą sprzedać dodatkową wspólną nerkę.

Ta historia posiada także morał: ‘jeśli masz dodatkowe narządy wewnętrzne, czekaj cierpliwie, bo nie masz ich dla hecy.’

czwartek, grudnia 22, 2005

sobota, grudnia 10, 2005

ślina

Pewnego wieczora, ni stąd ni zowąd, znudziło ją życie. Odechciało jej się oddychać i do granic możliwości denerwowała ją ślina bezczelnie gromadząca się w ustach. Każda forma samobójstwa wydawała jej się nieodpowiednia albo mało skuteczna. Paradoksalnie, ilość śliny, którą z takim zapałem produkowały jej gruczoły zewnętrznego wydzielania, mnożyła się nieznośnie.
Jechała właśnie pociągiem, więc pozbywanie się śliny było jej zupełnie nie na rękę. A ojciec powtarzał jej przecież od dziecka: szanuj się i nie połykaj. Źle zinterpretowawszy idiotyczne nauki ojca, wyrobiła w sobie ohydny odruch plucia. Umiała pluć cicho, wręcz potajemnie, ale też zamaszyście i z rozmachem, głośno z chrochnięciem oraz subtelnie niby to wycierając usta chusteczką. Tak czy siak, plucie ją męczyło a życie nudziło. Patrząc przez małe okienko pociągu na krowy oraz inne zwierzęta na łące, wpadła na, jej zdaniem, całkowicie genialny pomysł. Utopi się we własnej ślinie!
Od tej pory zawzięcie gromadziła ślinę, celowo popełniając stresujące sytuacje, aby potęgować jej wydzielanie. Jednak śliny wciąż było za mało. Pokój śmierdział gorzej niż moczem, ślina zajmowała już prawie wszystkie kubki, miski, wiadra, a nawet talerze i donice po kwiatach sadzonych oraz wazony po kwiatach ciętych. Zajmowała też zlew. Jednak ciągle wydawało jej się, że śliny jest za mało. Wszystko przez to, że w szkole nie uczą przydatnej sztuki topienia się w szklance płynu. Głupia dziewczynka, zgromadziła ślinę we wszystkich naczyniach, a że nie wyobrażała sobie jedzenia bez talerza, bo w szkole powiedzieli, że to brzydko i niezdrowo, po prostu przestała jeść i umarła śmiercią głodową zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.