bajki budynia

wtorek, grudnia 27, 2005

5 nerek w Acapulco

Marcia miała dwie i pół nerki. Poza tym przeciętnie. Żołądek, wątroba, śledziona, serce oraz inne narządy wewnętrzne w liczbie prawidłowej. Ekscentryczność posiadania nadprogramowej połowy nerki przejawiała się umiejętnością dłuższego przechowywania moczu. Wystarczyło, że przykucnęła na moment, ukradkiem przyciskając piętą cewkę moczową. Mogła w ten sposób nie sikać dwa do trzech dni.

Raczej nie doceniała tego daru Boga. I nie miała pojęcia jak gigantyczny wpływ ów dar będzie miał na jej życie.

Rosła więc sobie raźnie, spokojnie przechodząc kolejne etapy rozwoju.
Aż nastał dzień jej 22 urodzin. Ten dzień miał rozpocząć ciąg niespodziewanych zdarzeń, które następnie miały uszczęśliwić ją doszczętnie powodując permanentny stan zadowolenia.

Poznańskie tramwaje lubiły się psuć. Jedna z teorii mówi, że władze miasta celowo zatrzymywały tramwaje, święcie ufając, że doprowadzą one do integracji współpasażerów i spowodują nowe inicjatywy społeczne. Z takich zepsutych tramwajów czasem nie można było się wydostać przez kilka dni. Szyby były niewybijalne i ani straż pożarna, ani policja nie kwapiły się do uwalniania pasażerów. Dopiero, gdy prezydent miasta osobiście zadecydował, że już dość, wystarczy, bo uwięzieni zaczynają słabnąć z głodu i innych fizjologicznych niedogodności, wysyłano specjalnie przeszkoloną w tym celu jednostkę policji, która po przepchnięciu się łokciami przez tłum gapiów, otwierała tramwaj metodą siłową.

Tego piątku Marcia spieszyła się na swoją imprezę urodzinową. I kiedy tramwaj stanął nieco przed rondem Kaponiera, natychmiast zrozumiała, że na imprezę nie dojedzie. Zamiast tego spędzi jakieś pół tygodnia na twardym tramwajowym krześle w pozycji siedząco-półleżącej. Na szczęście, nie należała do osób zadręczających się byle czym, ceniła nowe doświadczenia i miała kilka ciekawych pomysłów na spędzenie tego czasu. Usadowiła się więc, w miarę możliwości wygodnie, gdzieś po środku wagonu, wyciągnęła telefon i zakomunikowała znajomym, że mogą jej co najwyżej pomachać zza szyby, bo urodzin nie będzie. Wsadziła w uszy słuchawki i postanowiła przeczekać panikę innych pasażerów. Co niektórzy darli się wniebogłosy, przeklinając władze miasta, ale za jakiś czas miało już być spokojnie. Po jakiejś godzinie narzekań i bezowocnych prób wydostania się z tramwaju, ktoś wyciągnął wino, ktoś inny kanapki, ktoś zaczął grać na flecie, bo jechał akurat do szkoły muzycznej. Wszyscy zaczęli się sobie przedstawiać i mówić te mało istotne formułki: ‘Nazywam się Henryk i jestem piekarzem, bardzo mi miło’, ‘Ja, natomiast, nazywam się Anna i uczę geografii w szkole podstawowej nr 45 ‘, jak również szukać powiązań rodzinno-sąsiedzko-towarzyskich: ‘Ojej, a czy uczy pani mojego syna Maciusia z 4 b?’, ‘Chyba już pana gdzieś widziałam, tak to przecież pan jest mężem mojej mamy koleżanki z pracy’. Itd. Itp. Za jakiś czas skończyły się tematy powitalno-skojarzeniowe, przeszli więc do analizowania wahań temperatury powietrza podczas ostatniego tygodnia, potem zastanawiali się, co postanowi Małgosia z „M jak miłość”. Przy okazji pojawiły się już pierwsze wnioski, jak tu polepszyć życie mieszkańców Poznania. ‘W środkach komunikacji miejskiej powinny być telewizory!’- zakrzyknął ktoś z tyłu. Oczywiście od razu powołano sekretarza do spisywania wszystkich tych genialnych pomysłów. Powołano też moderatora dyskusji, a nawet wyznaczono koedukacyjne miejsce do wydalania. Dwie doby jakoś zleciały. Marcia postanowiła w końcu, że czas się rozejrzeć. Wszyscy z wyjątkiem jednego mężczyzny na samym końcu tramwaju, zaangażowani byli w dyskusję. A ten mężczyzna zaangażowany był w obserwowanie Marci. Nasza bohaterka nie należała do osób nieśmiałych asekuracyjnie wierzących w przeznaczenie. Wstała więc z impetem, podeszła do pana na końcu tramwaju, wyciągnęła piękną dłoń z paznokciami w kolorze purpurowym, uprzednio wyprostowawszy się z gracją. Mężczyzna wstał również, wyprostował się z gracją nie mniejszą i podał Marci pięknie wypielęgnowaną dłoń. Ona powiedziała ‘Mam na imię Marcia, ale mów do mnie Marcelina’, a on powiedział ‘Masz dwie i pół nerki, prawda?’ Na te słowa Marcia zapowietrzyła się, bo chciała coś odpowiedzieć, ale nagle zapomniała wszystkie słowa świata. ‘Czekałem na ciebie ponad pół życia. Jestem ginekologiem-połoznikiem i 22 lata temu wyciągałem cię z dróg rodnych twojej matki. Już po pierwszym USG wiedziałem, że cię kocham. Też mam 2,5 nerki. Zostań moją żoną’. Marcia powiedziała, że najpierw musi zobaczyć rentgen jego nerek, potem muszą się poznać, a dopiero potem podejmie decyzję o ewentualnym wejściu w stan małżeński. On powiedział, że oczywiście. Marcia nie zastanawiała się długo i już za miesiąc wzięli cichy ślub w Acapulco. Żyli długo, szczęśliwie i beztrosko, pamiętając, że w razie biedy i głodu mogą sprzedać dodatkową wspólną nerkę.

Ta historia posiada także morał: ‘jeśli masz dodatkowe narządy wewnętrzne, czekaj cierpliwie, bo nie masz ich dla hecy.’

Komentarze (5):

Blogger perfectdrugqueen pisze...

to ja sie pochwale ze juz znam te bajeczke ;P
agatko..przedpremierowo cos poprosze na priv znow ;-)

7:02 PM  
Anonymous Anonimowy pisze...

ach..

1:02 AM  
Anonymous Anonimowy pisze...

a ja znam tę dziewczynę i też czytałem kiedyś tę historyjkę, ale z przyjemnością do niej wróciłem. agatko oby tak dalej! czekam na ciąg dalszy. mam nadzieję, że nastąpi.

7:24 AM  
Blogger perfectdrugqueen pisze...

no dobra wygrales :P
pozdr

9:44 AM  
Anonymous Anonimowy pisze...

poznaniacy nie som szarzy ino kolor power majom w sobbie!!!! czytałam piec nerek w acapulco! i love it! piękne i genialne!

7:49 AM  

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna