bajki budynia
pks do bydgoszczy
Zapowietrzyła się nagle jakby chciała powiedzieć mu coś bardzo, bardzo ważnego. I nastał ten rodzaj męczącego milczenia, którego nie lubiła najmocniej. Taki, jak spotykasz w autobusie trzecioligowego znajomego z podstawówki i milczycie, bo naprawdę nie macie o czym rozmawiać A oni przecież znali się nie od wczoraj. PKS jechał wolno, wlókł się po prostu jakby chciał a nie mógł. Nic w sumie dziwnego, każdy wie, jakie w Polsce drogi. Ach, przynajmniej jest na co ponarzekać.
Spojrzała w lewo, potem w prawo i znowu w lewo wyobrażając sobie, jak rozjeżdża go wielka ciężarówka na szerokiej dwupasmowej jezdni. Ale on trzymał się raczej z dala od ulic i całego ruchu ulicznego. Zwykł wybierać miejsca spokojne i bezpieczne, zazwyczaj te o temperaturze pokojowej. Był z niego domator, domator wyjątkowo stacjonarny. I pomyśleć, że kiedyś jeździł na nartach! Kiedyś to w ogóle było inaczej.
Już, już miała przemówić głosem łagodnym, który cierpliwie ćwiczyła przez ostatnie dwa miesiące. Patrzyła mu prosto w twarz. Znała każdy jej szczegół. I pomyśleć, że kiedyś widziała błysk boży w jego oczach. Teraz tępo gapił się przed siebie.
Jedną ręką zaczął grzebać w przepastnej torbie. Długo i głęboko. W końcu wyciągnął kilka ładnie zawiniętych w biały papier śniadaniowy kanapek. Odwinął jedną, wbił w nią zęby i potem przeżuwał flegmatycznie poruszając żuchwą w lewo ruchem półkulistym.
I pomyśleć, że rano sama mu te kanapki przygotowała.
Wzrok tracił powoli wskutek dziedzicznej choroby, która miała dotyczyć tylko kobiet. Matka oślepła ostatecznie w wieku lat 50, babka 55, a prababka 60. Teraz miał niecałe 40 lat i nie widział już właściwie nic.. A podobno średnia traci wartość poznawczą dopiero przy zbyt dużych odchyleniach. Odchyleń nie zarejestrował, bo był zbyt leniwy.
Poza tym cierpiał na przewlekłe lumbago, katar i wodobrzusze na tle zaburzeń krążenia. Ostatnim jego nabytkiem była słuchoniemota. Nie mówił nic od kiedy tak się zdenerwował, że przygryzł sobie język, a potem zdenerwował się jeszcze bardziej aż uszkodził sobie ośrodek mowy w ośrodkowym układzie nerwowym.
Powinna była zostawić go już, kiedy pojawiło mu się wodobrzusze. Ale zaliczała się do kobiet, które kochają za bardzo. Fascynowała się też losami świętych i w głębi serca liczyła, że kiedyś zostanie beatyfikowana.
Ale od jakiegoś czasu miarowo coś w niej pękało, żeby wreszcie ostatecznie pęknąć – „Nie wiem, czy mnie słyszysz, czy na słuch też ci już padło, ale muszę to powiedzieć, bo dłużej nie wytrzymam: najbardziej bolą mnie twoje nic nie znaczące spojrzenia i pozbawione sensu milczenie”.
2 mikołajów i zaklejone oko
Dzieci w przedszkolu miejskim w Toruniu długo czekały na Mikołaja. Bal gwiazdkowy był wydarzeniem mocno istotnym w życiu każdego przedszkolaka. Szeroko rozmawiano o tej imprezie już od końca listopada. Panie przedszkolanki uczyły piosenek i wierszyków. Dzieciom obiecywano wiele atrakcji. Bo to pewnie będą prezenty, cukierki i zdjęcia, bo będzie można powiedzieć coś na ucho Mikołajowi. Bo wtedy spełniają się życzenia.
Mikołaj o tym, że będzie Mikołajem dowiedział się od swojego kolegi fotografa mniej więcej tydzień przed wizytą w przedszkolu. Kostium był zeszłoroczny i wyglądał nadzwyczaj autentycznie. Biała broda, wąsy, brwi, wszystko ładnie umocowane i to nie tak sobie, od niechcenia, ale porządnie, specjalnym klejem. Dyrekcja przedszkola nie wierzyła w dziecięcą spostrzegawczość i nagle okazało się, że Mikołajów jest dwóch. Występowali wprawdzie jeden po drugim, bo pierwszy rozdawał prezenty, drugi pozował do zdjęć. Pierwszy był sztywny i nie umiał się zachować oraz odnaleźć. Głos miał piskliwy, a wzrost byle jaki, no i te wąsy, takie żółtawe i z waty. Przez to wszystko i inne temu podobne, Mikołaj nr 1 nie spotkał się z należytym szacunkiem, uwaga dzieci skupiła się raczej na jego wielkim worku z prezentami. Podczas gdy dzieci odwiązywały wstążeczki i zdejmowały kolorowe papiery w gwiazdki, Mikołaj nr 1 poszedł do domu, a w zamian pojawił się Mikołaj nr 2, o niebo lepszy i prawdziwszy. Poza tym w asyście fotografa, którego aparat i statyw budziły nie małe zainteresowanie. Pani dyrektorka przedszkola była jednak mocno nie zadowolona. Szturchała fotografa i marudziła pod nosem, że co to za aparat w ogóle jest i jak to zdjęcia na takim tle, a ten Mikołaj to skąd on taki i dlaczego no i po co. Wszystko przez to, że obiecała swojemu kuzynowi, że w tym roku on będzie robił zdjęcia, bo to przecież niezły interes.
W kącie siedział mały Pawełek z zaklejonym okiem. Opatrunek był umocowany tak, jak to czasem mają dzieci z zezem, żeby nie patrzyły na bok. Teraz zdjęcia miała grupa młodsza, on należał do zuchów, więc cierpliwie czekał na swoją kolej układając w głowie życzenia do Mikołaja. Był grzeczny przez cały rok. Zeza nie posiadał, tylko przewrócił się mocno niefortunnie. Oko pod bandażem nie wyglądało najlepiej, smarowane co rano grubą warstwą maści, bolało też niemało. Serce za to w pełni sprawnie biło mu z wrażenia w rytmie na dwa (puk-puk, puk-puk).
Przyszła wreszcie kolej na jego grupę. Już, już podnosił się z ławki, gdy nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, pani przedszkolanka zagrodziła mu drogę swoim wielkim cielskiem. Nie była osobą lubianą w gronie przedszkolaków, wzbudzała raczej strach i odrazę niż sympatię.
Do jednej z jej ulubionych zabaw należało wymyślanie coraz to nowych wierszyków o każdym z dzieci. Powtarzała je w nieskończoność, aż wszyscy nauczyli się na pamięć: ‘Agata nogą zamiata, Ola niech zmyka z przedszkola, Agnieszka na dworcu zamieszka, Ania po podłodze się słania’. Itd. Itp. Dokuczała zwłaszcza dziewczynkom, ale tym razem jej uwagę zwrócił mały Pawełek z zaklejonym okiem. Stanęła nad nim, zasłaniając cały świat a zwłaszcza Mikołaja i nad wyraz słodkim oraz miłym głosem przemówiła: ‘A ty dokąd młodzieńcze? Chyba nie myślisz, że z tym bandażem będziesz pozował do zdjęcia? Zdejmuj to natychmiast, albo zapomnij o Mikołaju, świętach i zdjęciach!’. ‘Aaale, ale kiedy ja nie mogę.. wybełkotał smutniejącym głosem Pawełek. ‘Naprawdę nie mogę, boli i mama nie pozwoliła zdejmować..’ ‘Mikołaj albo zdrowie, wybieraj – szydziła przedszkolanka’.
Przez głowę Pawełka przebiegały myśli jak renifery, że przecież był grzeczny, że Mikołaj podobno kocha wszystkie dzieci. Przedszkolanka ciągle stała nad nim i śmiała się do rozpuku śmiechem prosto z przepony. Tymczasem zdjęcia się skończyły, Mikołaj spakował się i poszedł na kolację a Pawełek mocno, mocno zapłakał aż spod bandaża wypłynęło mu oko i poturlało się pod nogi złej, złej przedszkolanki.