bulimiczka i detektyw
Na początku było tak, że zwyczajnie lubiła jeść. Wieczorem zasypiała myśląc o śniadaniu. Śniły jej się szwedzkie stoły i angielskie restauracje „eat as much as you like”, kluski szare, pierogi ruskie, naleśniki, makarony w sosie karbonara, ciągnące się po pizzy sery, majonez i keczup na zapiekankach. Aż miała ten najgorszy z koszmarów – uciekające góry jedzenia, jedzenie ucieka, ona biegnie i nie może go złapać, już prawie je dogania i się przewraca, krwawią jej kolana i łokcie, podnosi się, spogląda przed siebie, a jedzenie jest już daleko przed nią. Biegnie całą noc, dzień, tydzień, biegnie miesiąc, jest coraz bliżej, w końcu dopada ją głód tak wielki, że znajduje w sobie nowe siły, dogania jedzenie, zjada wszystko, co jej uciekało i pęka na drobne kawałki.
Po tym śnie długo nie mogła dojść do siebie. Nie była wcale gruba, ale słyszała od babci, że wygląda dobrze, co u babci oznaczało: ale przytyłaś, jeden z braci nazywał ją pieszczotliwie fałdą, a ojciec baleronem. Nie była typem anorektyczki, diety zdecydowanie jej nie interesowały, nie wspominając już o ćwiczeniach gimnastycznych.
I wtedy obejrzała ten program o bulimiczkach. To on ją zainspirował. Bo nagle okazało się, że można jeść i nie tyć. Co zjesz, to zwymiotujesz! Nic nie zalega w żołądku, można zjeść cały tort, a nie tylko kawałek! Trzy minuty, rach-ciach i pusto w środku! Nic nie dojdzie nawet do jelit! Co za wspaniały pomysł, że też wcześniej na to nie wpadła! Do supermarketu chodziła odtąd dumna z siebie i pełna dalekosiężnych planów na przyszłość. Najbardziej lubiła potrawy mączne, więc w wózku lądowały zazwyczaj różnego rodzaju makarony i kilogramy mąki pszennej, wrocławskiej. Jednego dnia wpadła z tego rodzaju ciężkimi zakupami do domu i oświadczyła, że znalazła życiową pasję – będzie gotować, smażyć, piec i generalnie spędzać czas w kuchni. Ojciec skomentował to prychnięciem, najmłodszy z braci przypomniał jej jak ostatnio chciała być mistrzynią olimpijską w biegach przełajowych i też jej nie wyszło, tylko mama uśmiechnęła się nieco może pobłażliwie, ale i tak dodała jej tym otuchy.
Odruch wymiotny początkowo wywoływała metodą dwóch palców prawej dłoni (wskazujący i środkowy), potem wywoływał się już samoistnie. Lubiła wymiotować w samotności. Niestety, gdy mieszka się z rodzicami i siódemką braci, niełatwo o samotność. Szybko zorientowała się, że woda puszczona w zlewie i pod prysznicem, świetnie izoluje fizjologiczne odgłosy wymiotowania.
Regularnie przyrządzała obiady dla całej rodziny, czasem nawet zapraszała sąsiadów i bezdomnych. Wcześniej gotowali bracia, każdy wybrał sobie jakiś dzień tygodnia. Ją interesowało tylko jedzenie, teraz wyganiała braci z kuchni, zamykała drzwi na klucz. Nikt się nie domyślał, że ta jej fascynacja kuchnią to nie żadna pasja, a jedynie dobrze przemyślana mistyfikacja.
Jednego dnia, na przykład, wyszperała z szafy starą książkę kucharską zatytułowaną oryginalnie: „Smaczne potrawy mączne”, podwinęła rękawy, ubrała fartuszek, losowo wybrała stronę 78 i wypadło na łazanki zapiekane z twarogiem i rodzynkami. Na szczęście kupiła 10 paczek rodzynek, dwie zjadła w międzyczasie po kryjomu, pięć zużyła do łazanek a trzy schowała w swoim pokoju, bo wiedziała, że w nocy najdzie ją zwierzęcy głód. Miała tam specjalne pudełko, w którym pod starymi zeszytami i listami od byłych chłopaków, gromadziła swoje zapasy. Gdy wszyscy spali, otwierała swoje pudełko i zapychała się do granic możliwości. Potem spędzała dużo czasu w łazience, przez co rano była niewyspana i miała podkrążone oczy. Z czasem zaczęło ją też boleć gardło, a od kwasu żołądkowego psuły się zęby.
Była typem zbieraczki, w czasach podstawówki gromadziła pudełka po zapałkach, zupełnie ignorując powiedzenie: dzieci + zapałki = pożar. Do tej pory nikt się nie domyślił, że to ona kilka lat temu podpaliła wszystkie pojemniki na makulaturę w okolicy. Na szczęście, zawsze w pobliżu pożaru, znajdował się jej kolega z klasy i to on wylądował w poprawczaku, niesłusznie posądzony o dziecięcą piromanię.
Nikogo (poza najmłodszym z braci, ale o tym za chwilę) specjalnie nie zdziwiło, gdy zaczęła kolekcjonować plastikowe miski, na dnie każdej z nich wypisując łacińskie sentencje. Najbardziej lubiła wymiotować do tej czerwonej, bo sentencja „Fames est optimus coquus”[1] jakoś tak oczyszczała ją z grzechów, usprawiedliwiając jej skłonność do nałogów, w tym dzikie napady żarłoczności. Pochłonięta rozwałkowywaniem ciasta na łazanki, pierogi czy kluski zupełnie nie zauważała, że najmłodszy z braci obserwuje ją przez dziurkę od klucza.. Od jakiegoś czasu nie mógł też spać w nocy i dziwiło go, że jedyna jego siostra, skrada się na palcach, zamyka w łazience i puszcza wodę jednocześnie w zlewie i pod prysznicem. Wydało mu się to mocno podejrzane, a skłonność do podejrzeń nabył oglądając swój ulubiony serial dokumentalny: „Detektywi”. Obserwowanie sąsiadów już go nudziło, zresztą, po co obserwować sąsiadów, skoro we własnym domu dzieją się rzeczy, co najmniej, dziwaczne. No bo tak: siostra nagle zaczęła gotować na potęgę, a wcześniej mówiła, że gotowanie pozostawia licznie w tym domu zgromadzonej płci męskiej, podobnie zresztą jak i inne domowe obowiązki. Te miski, które wynosi do łazienki, i to, że zawsze kupuje więcej produktów niż zużywa. Czyli, że je zjada. Najbardziej jednak dziwiło go, że siostra pochłania takie ilości jedzenia i nie tyje. Nikt poza nim nie wiedział, że zawsze zjada dwa obiady, jeden podczas gotowania, drugi razem z rodziną. Zdecydowanie było to wszystko podejrzane.
Chociaż obserwowanie siostry przez dziurkę od klucza albo lornetkę z budynku naprzeciw doprowadził do perfekcji, tak naprawdę zrozumiał wszystko, gdy w książce, którą mu pożyczyła, znalazł jej wiersz:
Środki przeczyszczająco-moczopędne.
Bez nich umrę albo zwiędnę.
Dyskomfort w brzusznej jamie.
Uwierzcie mi, nie kłamię.
Życiowy nieporządek rozciąga mój żołądek.
Na raz, na dwa rzygam ja,
na dwa, na trzy rzygasz ty.
Być może było to jej wołanie o pomoc, może tylko chciała mieć pewność, że ktoś wie.
Siostra wymiotowała jeszcze jakieś dwa miesiące, potem obejrzała program o zawodniczkach sumo, polubiła siebie oraz swoje ciało i cieszyła się odtąd każdym kolejnym dniem.
Brat nie powiedział nikomu. Ale ta wiedza zmieniła całe jego życie. Nie został detektywem, tylko naukowcem. Doktorem biologii i chemii oraz dietetykiem-samoukiem. Stworzył genialną filozofię życia polegającą na czerpaniu energii z wnętrza własnego ciała. Jednak największą jego zasługą dla ludzkości były dietetyczne tabletki przeczyszczające na bazie ludzkich wymiotów.
[1] Głód jest najlepszym lekarzem
